Krystyna Kwapiszewska była nauczycielką, organizatorką tajnego nauczania, a także, jak określiła ją Anna Wojtkowska, kronikarką wołomińskiej pamięci. Jej wspomnienia pozwalają zobaczyć dawny Wołomin oczami jego mieszkanki. Jedną z ogromnych zasług Krystyny Kwapiszewskiej jest ocalenie od zapomnienia obrazu przedwojennego, wielokulturowego miasta oraz ludzi, którzy w nim żyli.
Dwojra Grinberg, zanim stała się sławną piosenkarką i aktorką, znaną jako Wiera Gran, była zwyczajną mieszkanką Wołomina, tutaj przeżyła dzieciństwo i wczesną młodość, uczęszczała do szkół oraz spędzała czas z przyjaciółkami. Anna Wojtkowska przedstawiła ją właśnie jako dziewczynkę, która nie wiedziała jeszcze, że w przyszłości zostanie legendarną artystką.
Szczególnie przejmująca była historia trzeciej bohaterki – piętnastoletniej Haliny Brzuszczyńskiej, poległej w lipcu 1944 roku w Majdanie przez niemieckich żandarmów. Młoda mieszkanka Wołomina marzyła o tym, by zostać lekarką. Podczas wojny służyła w konspiracji jako sanitariuszka i łączniczka pod pseudonimem „Mała”. Poległa w drodze na pomoc rannemu, którym się opiekowała. Wraz z nią polegli trzej towarzyszący jej koledzy. Anna Wojtkowska opowiedziała o ostatnim dniu jej życia i tragicznej śmierci – historia ta została została zrekonstruowana na podstawie relacji świadków. Ponadto goście wysłuchali wiersza autorstwa Haliny Brzuszczyńskiej zatytułowanego „Tatusiu”.
Anna Wojtkowska – nauczycielka, magister pedagogiki, autorka publikacji z zakresu historii lokalnej, strażniczka pamięci, badaczka dziejów oświaty i życia społecznego Ziemi Wołomińskiej. Od wielu lat prowadzi działalność dokumentacyjną i popularyzatorską, koncentrując się na biografistyce oraz historii regionu.
Przez 21 lat pełniła funkcję prezesa Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Wołominie, angażując się w działania na rzecz środowiska oświatowego. Była członkiem Zarządu Okręgu Mazowieckiego ZNP w Warszawie i Zarządu Głównego ZNP.
Jest autorką licznych artykułów oraz publikacji książkowych, spośród których można wymienić takie opracowania jak m.in. „Oświatowe życiorysy z Wołominem związane”, Za bramą wiecznego spokoju. Zwykli niezwykli związani z Ziemią Wołomińską”, „Życie ciekawe, ale niełatwe. Krystyna Kwapiszewska i jej rodzina”. W październiku tego roku odbędzie się premiera kolejnej publikacji.
Jej działalność przyczynia się do utrwalania pamięci historycznej i dokumentowania dorobku osób związanych z Wołominem i regionem.
Poniżej załączamy treść wystąpienia Anny Wojtkowskiej.
***
"Trzy kobiety – trzy opowieści o Wołominie
Hasło naszego spotkania jest mi szczególnie bliskie. Kultura i korzenie to przecież nie tylko znane książki, pomniki, zabytkowe domy i wielkie wydarzenia historyczne. To przede wszystkim ludzie. Ich słowa, marzenia, codzienne zwyczaje, wybory i losy.
Korzenie miasta ukrywają się czasem w starym dzienniku szkolnym, w pożółkłej fotografii, w pozostawionym zeszycie z wierszami, w rodzinnym wspomnieniu albo w artykule napisanym po wielu latach.
Chciałabym dziś opowiedzieć o trzech kobietach związanych z Wołominem. Każda z nich reprezentuje inny sposób ocalania świata.
Krystyna Kwapiszewska ocalała go w pamięci.
Dwojra Grinberg odnalazła go w książkach, a później w muzyce.
Halina Brzuszczyńska zapisała go w wierszach i potwierdziła własną odwagą.
Pierwszą z tych postaci jest Krystyna Kwapiszewska – nauczycielka, wychowawczyni, organizatorka tajnego nauczania i jedna z kronikarek wołomińskiej pamięci.
Krystyna Kwapiszewska należała do ludzi, którzy potrafili zachować w pamięci nie tylko daty i wydarzenia, ale również twarze, nazwiska, głosy oraz drobne szczegóły codziennego życia. Jej wspomnienia są szczególnie cenne, ponieważ opisują Wołomin widziany oczami jego mieszkanki – dziecka, uczennicy, a później nauczycielki.
W artykule „Wołomińscy Żydzi” przywołała miasto swojej młodości – wielokulturowe, gwarne, pełne sklepów, warsztatów, szkół i mieszkań, w których obok siebie żyły rodziny polskie i żydowskie.
Pisała, że całe ówczesne centrum Wołomina było głośne od ciągłego gwaru w języku jidysz.
To jedno zdanie wystarcza, abyśmy na chwilę usłyszeli dawną ulicę Warszawską, Kościelną, Legionów czy Wileńską. Krystyna Kwapiszewska nie pisała o anonimowej zbiorowości. Wymieniała konkretnych nauczycieli, uczniów, sąsiadów, sklepikarzy i rzemieślników.
Dzięki niej ludzie, których świat został zniszczony podczas Zagłady, odzyskują swoje nazwiska i miejsce w historii miasta.
Jej artykuł uświadamia nam, że pamięć nie zawsze zaczyna się w archiwum. Czasem zaczyna się od prostego zdania:
„Pamiętam tego człowieka”.
„Mieszkał w sąsiednim domu”.
„Chodziliśmy razem do szkoły”.
Krystyna Kwapiszewska pozostawiła nam właśnie taką pamięć – osobistą, pełną szczegółów i bardzo ludzką. Nie pozwoliła, aby dawni mieszkańcy Wołomina stali się jedynie liczbą w historycznym opracowaniu.
Wśród dzieci związanych z przedwojennymi wołomińskimi szkołami była Dwojra Grinberg, późniejsza Wiera Gran.
Jej nazwisko odnalazłam w dzienniku siedmioklasowej Publicznej Szkoły Powszechnej nr 2 żeńskiej w Wołominie. Dla regionalisty takie odkrycie jest chwilą szczególną.
Nagle osoba znana z książek, nagrań i występów na wielkich scenach przestaje być odległą artystką. Staje się uczennicą siedzącą w szkolnej ławce – najpierw Publicznej Szkoły Powszechnej nr 3 żydowskiej, a następnie Publicznej Szkoły Powszechnej nr 2 żeńskiej w Wołominie. W dzienniku widnieją jej nazwisko, oceny, obecności i nieobecności. Jest jedną z wołomińskich dziewcząt.
Mieszkała przy dzisiejszej ulicy Warszawskiej 13, wówczas Pocztowej 11. Balkon mieszkania wychodził na skwer. To właśnie na nim Dwojra – Granulka spędziła znaczną część dzieciństwa. Codziennie wypatrywała powracającej z pracy mamy, bawiła się lalkami i śpiewała.
Po ukończeniu piątej klasy szkoły żydowskiej wyjechała wraz z matką i siostrami do Francji. Po dwóch latach spędzonych nad Sekwaną wróciła do Wołomina. Miała wówczas trzynaście lat i rozpoczęła naukę w polskiej szkole. W szóstej klasie uczyły się z nią także inne Żydówki, jednak Dwojra przyjaźniła się głównie z Polkami.
Często śpiewała koleżankom podczas przerw. Piosenki znała dzięki starszym siostrom, które chodziły do kina dźwiękowego, a później śpiewały w domu melodie usłyszane w filmach. Wszystko, co wykonywały siostry, Dwojra powtarzała na podwórku swojego domu albo w szkole. Nieraz spóźniała się przez to na lekcje, ponieważ koleżanki zatrzymywały ją na korytarzu i prosiły o kolejne piosenki.
Jej najlepszą przyjaciółką była Zosia Zielonkówna. Ojciec Zosi prowadził warsztat stolarski przy placu Górnośląskim. Dziewczynki szukały spokojnego miejsca, w którym mogłyby bez przeszkód czytać na głos szkolne lektury. Znalazły je… w trumnie.
Siadały naprzeciwko siebie w jednej z pogrzebowych skrzyń i spędzały tam po kilkadziesiąt minut. Było im wygodnie, a wnętrze stolarni zapewniało doskonałą akustykę.
Brzmi to nieco niepokojąco, jednak dla nich nie było w tym nic strasznego. W godzinach popołudniowych i w niedziele w stolarni panowała cisza. Nikt im nie przeszkadzał, mogły więc otworzyć książkę i przenieść się do innego świata.
Możemy sobie wyobrazić dwie dziewczynki pochylone nad lekturą w najbardziej niezwykłej czytelni Wołomina. Wokół unosił się zapach drewna, a one, ukryte przed światem, czytały.
Ta historia jest zabawna, ale mówi o Dwojrze coś ważnego. Zanim zaczęła opowiadać świat za pomocą piosenek, poznawała go dzięki książkom. Literatura dawała jej ciszę, schronienie i przestrzeń dla wyobraźni.
W szkole jej talent zauważyła nauczycielka śpiewu, Wanda Głuchowska. Po wysłuchaniu jednej z piosenek powiedziała:
„Wiera, ty masz wielki talent. Na pewno dostaniesz się do konserwatorium”.
Dwojra wyjechała z Wołomina w 1931 roku. Później została Wierą Gran – artystką obdarzoną niezwykłym, głębokim głosem. Zanim jednak pojawiły się światła, scena i publiczność, była dziewczynką z Wołomina, która razem z koleżanką szukała miejsca, aby w spokoju poczytać.
Odnaleziony dziennik szkolny pozwolił mi zobaczyć ją właśnie taką – nie jako legendę, lecz jako uczennicę.
To jeden z powodów, dla których warto zaglądać do archiwów. Czasem zwykła rubryka w szkolnym dokumencie otwiera drzwi do niezwykłej historii.
Trzecia bohaterka nie zdążyła zostać znaną pisarką, lekarką ani dojrzałą kobietą. Jej życie przerwała wojna.
Halina Maria Brzuszczyńska urodziła się w Wołominie. Tutaj dorastała, chodziła do szkoły, czytała i pisała wiersze. Chciała zostać lekarzem, podobnie jak jej starsza kuzynka Maria Nachtmanówna.
Wojna sprawiła jednak, że zamiast spokojnie przygotowywać się do przyszłego zawodu, musiała bardzo szybko dorosnąć.
Jako nastoletnia dziewczyna ukończyła szkolenie sanitarne. Pomagała w wołomińskiej placówce medycznej, uczyła się opiekować chorymi i rannymi. W konspiracji przyjęła pseudonim „Mała”. Pełniła funkcję sanitariuszki i łączniczki. Przenosiła wiadomości oraz podziemną prasę, a przede wszystkim była gotowa nieść pomoc potrzebującym.
Miała zaledwie piętnaście lat.
Jej historię opisałam w artykule zatytułowanym „Kwiecista sukienka z motylkami”.
„Jej ulubiona sukienka. Kolorowa, na beżowym tle: kwiaty i motyle, krótka, z krótkim rękawkiem, z wiązaniem pod szyją i dopinanym żabotem. Często ją zakładała, o czym świadczą kilkukrotne zszycia pod pachami.
20 lipca 1944 roku Halinka obudziła się, skoro świt. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień, założyła więc swoją ulubioną kwiecistą sukienkę, a burzę loków na głowie przykryła wiejską chustką.
Wiedziała już wcześniej, że wyruszy w obstawie zaufanych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych na pomoc rannemu w nogę koledze, Mietkowi Trycowi. Sprawowała nad nim opiekę, jednak stan jego zdrowia wyraźnie się pogorszył.
Postanowiono przewieźć go do Helenówka, do izby chorych Harcerskiej Kompanii Szturmowej, będącej pod opieką lekarzy – dr Wandy Pruszyńskiej i dr. Kazimierza Izdebskiego.
Liczyła na pomoc kolegów. Była najmłodsza, miała piętnaście lat, pięć miesięcy i dwadzieścia dni. Janek Baniszewski miał dwadzieścia cztery lata, Romek Grabowski dziewiętnaście, a Wacek Maciaszek dwadzieścia dwa lata.
Mieli też swoje pseudonimy. Halinka – najdrobniejsza i najmłodsza – była „Małą”. Janek miał trzy pseudonimy: „Biuk”, „Łapka” i „Pirat”. Romek – „Dąb”, a Wacek – „Krzysztof Cedro” i „Gangster”.
W ich obecności czuła się bezpiecznie. Największą sympatią darzyła Romka – obiekt westchnień jej koleżanki Tereski Skrodzkiej, która do dziś przechowuje jego fotografię.
Zbliżało się południe. Halinka zabrała torbę sanitarną, sprawdziła jeszcze jej zawartość. Były bandaże, strzykawki, środki odkażające i inne materiały opatrunkowe. Za staniczek wsunęła mały pistolet, tak zwaną belgijkę.
Z Wołomina polnymi ścieżkami i leśnymi duktami dotarła do Leśniakowizny. Na ramie męskiego roweru wiózł ją Romek. Janek i Wacek mieli własne rowery.
Skręcili w drogę prowadzącą na poligon rembertowski i dojechali do domu Stanisława Zycha. Jeden z chłopców znał tego gospodarza, ponieważ pani Zychowa codziennie przynosiła mleko do Wołomina, do jego matki.
Chłopcy zarekwirowali furmankę z karym koniem, potrzebną do przewiezienia Mietka. Wrzucili trochę siana. Halinka schowała torbę pod derkę, między grabie a kosę. W razie zatrzymania przez Niemców mieli mówić, że jadą na łąkę, do sianokosów.
Powoził prawdopodobnie Romek.
Szczęśliwie przejechali przez Leśniakowiznę. W Majdanie, przy rzece Czarnej, przed mostkiem zatrzymali furmankę. Obecnie jest to ulica Mińska.
Z nieba lał się żar. Dziś nie wiadomo, kto z nich zaproponował kąpiel. Gdy w najlepsze chlapali się nawzajem wodą, nadszedł Władysław Gawryś, gospodarz z Majdanu.
– No, tak kąpiecie się przy tym moście, a wiecie, że tu często jeżdżą Niemcy? – wykrzyknął.
Jeden z chłopców odpowiedział:
– My się Niemców nie boimy!
To fakt. Niejednokrotnie brali udział w zorganizowanych akcjach propagandowo-dywersyjnych i z każdej opresji wychodzili zwycięsko.
Gawryś skierował się w stronę swojego domu. Jeszcze na odchodne dorzucił:
– Nie jedźcie główną drogą, bo w tamtym kierunku jechali niedawno Niemcy. Jedźcie polną.
Wskazał im obecną ulicę Działkową.
Nie posłuchali.
Ruszyli ubitym traktem głównym. Stąd mieli już niedaleko do rannego Mietka, który chwilowo przebywał pod opieką sanitariuszki Henryki Dutkiewicz, pseudonim „Baśka”, w Ręczajach.
Do Ręczaj jednak nie dojechali.
W Majdanie, od strony Mostówki, spotkali niemieckich żandarmów. Doszło do wymiany ognia.
Do dziś nie wiadomo dokładnie, jak mogło dojść do tak tragicznego w skutkach wydarzenia. Czy zawinił brak rozpoznania i ubezpieczenia? Czy może nerwy zawiodły chłopców?
Faktem jest, że wszyscy zostali całkowicie zaskoczeni wyłaniającym się zza zakrętu drogi dwukonnym wozem z niemiecką żandarmerią grasującą po wsiach i rekwirującą resztki żywności.
Wersje dotyczące śmierci Halinki, Romka, Janka i Wacka są różne. Najbardziej prawdopodobna jest ta przekazywana rodzinie Brzuszczyńskich przez kolegów poległych – żołnierzy konspiracji – częściowo potwierdzona w rozmowach z mieszkańcami Majdanu, Leśniakowizny i Mostówki.
Kiedy Niemcy wyjechali zza zakrętu od strony Mostówki, spotkali nadjeżdżający wóz z młodymi członkami ruchu oporu.
Chłopcy wpadli w panikę. Osłaniając Halinkę, zaczęli strzelać. Mieli krótką broń. Zginął jeden żandarm, drugi został ranny.
Niemcy odpowiedzieli natychmiast ogniem z broni maszynowej, nie dając przeciwnikom szans. W chaotycznej strzelaninie chłopcy zostali ranni, a następnie dobici przez żandarmów.
Halinka nie brała bezpośredniego udziału w walce. Siedziała nieruchomo na wozie. Esesmani dopadli jednak do niej, rozkazali jej zejść, zrewidowali wóz, znaleźli torbę sanitarną, a przy Halince pistolet.
I tu także istnieje kilka wersji.
Według jednej Halinka została zabita strzałem w czoło. Według innej jeden z esesmanów rozkazał jej odwrócić się i iść przed siebie. Wtedy rozległa się seria z pistoletu maszynowego. Halinka padła, a następnie została kilkakrotnie raniona bagnetem.
Leżała na boku, tuż przy dwóch niewielkich olszynach, przy drodze prowadzącej w kierunku Wołomina.
Na prawdziwość tej wersji wskazywała również relacja Janiny Gawryś, gospodyni z pobliskiej zagrody, która obserwowała wydarzenie z ukrycia.
Znany jest też enigmatyczny niemiecki meldunek mówiący o zastrzeleniu trzech „bandytów”, zdobyciu trzech pistoletów i granatu ręcznego. Nie ma tam wzmianki o zabitej dziewczynie.
Zapewne esesmanom nie dodawał chluby fakt okrutnego zabicia piętnastoletniej sanitariuszki.
Niemcy zabrali poległym fałszywe kenkarty i usiłowali dokonać identyfikacji zwłok. Zamierzali nawet przywieźć ludzi z Wołomina. Zwołali okolicznych mieszkańców, ale nikt z oglądających nie rozpoznał poległych.
Był wśród nich Bolesław Rasiński. Miał wówczas około czternastu lat.
Do końca życia pozostał mu w pamięci obraz pięknej dziewczyny z długimi, czarnymi włosami. Leżała zakrwawiona przy drodze, obok dwóch niewielkich olszyn.
Ze łzami w oczach wspominał ułożenie jej ciała i kolorowy, zalany krwią staniczek wystający spod rozszarpanej sukienki.
Zaczęło się ściemniać. Niemcy odjechali w kierunku Wołomina, zabierając rannego i zwłoki swojego kolegi oraz furmankę Stanisława Zycha.
W nocy z 20 na 21 lipca 1944 roku do akcji przystąpili żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych.
Pod osłoną nocy, silnie uzbrojeni, pod dowództwem Telesfora Badetki, pseudonim „Wiktor”, przewieźli ciała poległych na piaskową górkę – teren obecnego cmentarza wołomińskiego.
Pochówek odbył się cicho, nawet bez obecności najbliższych. Na uroczysty pogrzeb nie było ani czasu, ani możliwości.
Wszyscy zostali pochowani w jednej mogile”.
***
Kwiecista sukienka z motylkami powinna kojarzyć się z latem, młodością, spacerem i radością. W tej historii stała się jednak ostatnim obrazem dziewczyny, która jeszcze niedawno chodziła do szkoły, pisała wiersze, marzyła o medycynie i dorosłym życiu.
Halina nie była zawodowym żołnierzem. Była uczennicą, córką, siostrą i koleżanką.
Jej odwaga nie polegała na braku strachu, ale na tym, że mimo niebezpieczeństwa podjęła próbę niesienia pomocy rannemu człowiekowi.
Halinka nie zdążyła rozwinąć swojego talentu ani spełnić marzenia o pracy lekarza. Pozostały jednak napisane przez nią słowa.
Oto jej wiersz zatytułowany „Tatusiu!”.
Serce me pęka z bólu i tęsknoty.
I nic nie zdoła zatrzeć tej blizny,
Którą objęła w swe żelazne sploty,
Tęsknota do wolnej Ojczyzny.
Cóż jest straszniejsze nad stratę wolności?
Co nad pastwienie się wroga,
Który w swej strasznej zapamiętałości
Zapomniał, co to jest kara Boga?
O! Jakże straszne jest jarzmo niewoli!
Jak ciężko znosić katusze,
Kiedy nie można powiedzieć, co boli,
Żałobnym kirem otulając dusze!
Ale nasza Polska z niewoli powstanie,
Bo kajdan nie zniesie polskiej ziemi syn.
A w mężnych sercach wyryje się znamię –
Potęga, Wola i Czyn!
Radość powieje, jak wiatr po lesie.
Polak pokaże swe męstwo,
A jedno słowo wszystkie męki zniesie:
Zwycięstwo!
Zwycięstwo!
Zwycięstwo!
Pamięć, książka i wiersz
Dlaczego wybrałam właśnie te trzy postacie?
Krystyna Kwapiszewska przeżyła długie życie, ponad sto lat i mogła opowiedzieć o ludziach, których znała.
Dwojra Grinberg przeżyła burzliwe koleje losu, ale w naszej lokalnej pamięci pozostaje także dziewczynką pochłoniętą lekturą, która razem z koleżanką szukała ciszy w stolarskim warsztacie i śpiewała dziecięce piosenki na balkonie swojego mieszkania, w latach późniejszych filmowe piosenki w polskiej szkole.
Halina Brzuszczyńska nie otrzymała czasu, aby spełnić swoje marzenia. Pozostały jej wiersze, rodzinne fotografie, dokumenty, wspomnienia i kwiecista sukienka z motylkami.
Jedna ocaliła przeszłość we wspomnieniu.
Druga odnalazła swój głos w muzyce.
Trzecia pozostawiła wiersze i świadectwo wielkiej odwagi.
Ich historie pokazują, że kultura regionalna nie jest czymś zamkniętym w gablocie. Żyje wtedy, gdy czytamy stare teksty, odnajdujemy dokumenty, rozpoznajemy osoby na fotografiach i przekazujemy ich losy kolejnym pokoleniom.
Dziedzictwo miasta składa się zarówno z rzeczy wielkich, jak i bardzo małych:
ze szkolnego dziennika,
z książki czytanej przez dwie dziewczynki,
z wiersza zapisanego ręką nastolatki,
z kolorowej sukienki
czy ze wspomnienia nauczycielki o sąsiadach mówiących w języku jidysz.
Naszym zadaniem jest nie tylko przechowywanie dokumentów.
Musimy wydobywać z nich ludzi.
Bo za każdym nazwiskiem w dzienniku szkolnym kryje się dziecko.
Za każdą fotografią – czyjeś marzenia.
Za każdym wspomnieniem – świat, którego już nie ma, ale który może pozostać częścią naszej wspólnej pamięci.
Korzenie nie są po to, aby zatrzymywać nas w przeszłości.
Są po to, abyśmy wiedzieli, skąd wyrastamy".
Materiały źródłowe:
- Krystyna Kwapiszewska, „Wołomińscy Żydzi", „Rocznik Wołomiński", t. II, Wołomin 2006, s. 207–216.
- „Wołomiński Niezbędnik Historyczny", Wołomin 2021, część dotycząca Publicznej Szkoły Powszechnej nr 3 i uczniów żydowskich, s. 62–64 wydania.
- Cezary Waszczyński, "Balkon dzieciństwa", "Wieści Podwarszawskie" nr 36/2011, s. 13.
- Anna Wojtkowska, „Kwiecista sukienka z motylkami. W 90. rocznicę urodzin Haliny Marii Brzuszczyńskiej", „Rocznik Wołomiński", t. XIV, Wołomin 2018, s. 431–466.
- Halina Brzuszczyńska, rękopis, wiersz "Tatusiu", Wołomin 1943.

